Pierwsze koty za płoty :)

Pierwszy tydzień (nazwijmy to) odchudzania za mną :) Na liczniku -2.8kg i dużo więcej energii. Tzn. ADHD mentalne mi się rozkręciło, bo fizycznie czasem jeszcze jestem klapnięta i zaziewana, ale to zwalam na deszczową pogodę i ogólny brak słońca.

 

Dieta, sposób żywienia czy jakby tego nie nazwać – świetnie. Wzięłam się za pichcenie znowu, czego mi przez zimę brakowało (brak czasu i energii jakoś mnie uśpiły w tym temacie). Wypróbowałam trzy nowe przepisy z internetów ze skutecznością smakową 2/3. Kurczak pieczony w sosie musztardowo-chili <3. Masło orzechowe wyszło nieco „crunchy”, bo blender nie omieszkał poinformować mnie, co o mnie myśli i nie domieliłam na mus (a nie chciałam dolewać więcej oleju, no bo i po co ;)). Krem czekoladowy z fasoli jednak mnie nie przekonał – stoi w lodówce i czeka nie wiem na co ;) Może kiedyś spróbuję z innej fasoli albo ciecierzycy, jak to ktoś w komentarzach pod przepisem proponował.

 

Ruchowo moim zdaniem nieźle. Siłownia 3 razy i tabata 2 razy (kolano nieco pobolewało przy drugim i planowany trzeci raz sobie odpuściłam).

I zaczęłam biegać. Po raz kolejny. Także bieganiem tego na razie w sumie nazwać nie można. Ale o tym napiszę szerzej w dedykowanym poście :).

 

Poza powyższymi to był naprawdę ciężki tydzień. Trochę niezapowiedzianych problemów i wydatków, trochę spodziewanych. Kolejny tydzień będzie nieco przyjemniejszy, ale mocno chaotyczny i zabiegany. A kolejny… ech. Wolę nawet o tym nie myśleć…

Śmigający czas

Jak to się stało, że nie pisałam już od tygodnia? oO

Heh… może to dlatego, że ostatnimi czasy rzadko bywałam w domu, bo załatwiałam miliony zaległych/bieżących/przyszłych spraw.

Najważniejsze – wizyta u lekarza domowego zaliczona. Dwukrotnie. Takoż badania krwi. Umówiłam się też do jednego specjalisty, z wizytą u którego zwlekałam od lat. Także w tej kwestii plus :).

Ruszyłam też cztery litery na siłownię. Jednego jestem pewna – godzina 20 to zdecydowanie za późno dla mnie na efektywny trening poza domem, więc kwestia godzin spędzonych wśród pocących się pakerów jeszcze do ustalenia (organoleptycznie ;)).

W wolne dni planowałam odsapnąć z książką, ale pracy się zwaliło na głowę i nie ma sensu tego odkładać, także nie ma, że boli. Z tego też powodu pewnie wizyty na blogu wciąż nie będą za częste. Ale to najmniej istotna rzecz – ważne, żeby cała reszta była dopięta :).

Skusiłam się po raz kolejny na kupienie za ciasnych spodni. Nie wiem, co mi odbiło, ale teraz już za późno. Tłumaczę sobie sprawę tylko tym, że tym razem nie są to spodnie 5 rozmiarów za małe, ale po prostu nadmiernie obcisłe. Także jest pierwszy bardzo konkretny cel – za 2-3 tygodnie móc założyć te spodnie bez skrępowania. Czas start!

Poślizg

Trochę ostatnie dwa dni popłynęłam z jedzeniem. Pewnie to efekt jedzenia zbyt mało wcześniej. Na szczęście waga to przegapiła ;)

 

Zbliża się stresowy okres, więc zbieram inspiracje, jak sobie ze stresem radzić, gdy nie ma się ani kasy, ani czasu za bardzo. I oczywiście w sytuacji, gdy nie chce się stresu zajadać ;)

Macie jakieś swoje sprawdzone sposoby?

Wiosenne przeziębienie

Na początku myślałam, że zaczęły się moje alergie dopominać o uwagę, ale okazało się, że to jednak klasyczne wiosenne przeziębienie. Pogoda zmienia się drastycznie z godziny na godzinę i ciężko dopasować strój do okoliczności, a to u mnie prosta droga do randki z łóżkiem i zwiększoną dawką witaminy C.

Jak to w czasie choroby – nic się człowiekowi nie chce. Mi nawet niespecjalnie jeść się chciało. Ruszać, niestety, też nie. Dziś jeszcze się powylegiwuję pod kocem z książką (korzystam z okazji, a co!), ale ogólnie czuję się już znacznie lepiej :-).

Jutro planuję wizytę u lekarza. Dawno nie robiłam żadnych kontrolnych badań, więc czas najwyższy.

Kryzys dnia 3

Ten dzień od samego początku był zły. Wszystko waliło się na łeb, na szyję – zupełnie niezależnie ode mnie. Do tego chodziłam wściekle głodna, bo przez awarię poranną w bloku nie mogłam sobie zrobić ciepłego śniadania i coś porządniejszego mogłam zjeść dopiero późnym popołudniem.

Przetrwałam. I to chyba najważniejsze.

Fotki początkowe

Tak, zrobiłam fotki „before”. Nie, na pewno na razie nie pokażę. Nie mogę jednak powiedzieć, że przeżyłam kosmiczny szok po ich zobaczeniu. Nic z tych rzeczy. I to mi się wydaje dziwne. Pierwszy raz w życiu nie patrząc specjalnie często w lustro, widziałam siebie taką, jaka okazałam się być naprawdę.

Zmiany, zmiany…

Myślotok #1

W połowie grudnia zaczęłam układać puzzle. Zabrałam się za nie już po raz trzeci w życiu, bo jakoś wcześniej nigdy nie udało mi się ich skończyć. Tym razem uparłam się, że nie mogę przerwać w połowie, że nie poddam się po raz kolejny.

I tak sobie leżały 4 miesiące. Wczoraj rano zgarnęłam je do pudełka i ogarnęła mnie przedziwna ulga i radość. Okazało się, że kończyć coś, to nie zawsze oznacza zrobić to, co się pierwotnie założyło i koniecznie zrobić to na 110%.

 

Czas na nas nie czeka, życie płynie, marzenia się zmieniają. Także powzięte przez nas plany powinny być elastyczne.

Skończyć coś, to nie zawsze znaczy osiągnąć pierwotnie założony cel. Skończyć, to czasem znaczy umieć powiedzieć sobie „dość, dalej nie chcę/nie muszę już iść” i odpuścić. Tak po prostu, bez wyrzutów sumienia.